TIMOTHY MURPHY
Kiedy w końcu wychodziło na jaw, że jesteś TYM wnukiem TEGO człowieka ludzie za każdym razem zadawali ci identyczne pytanie –– jak udało ci się przeżyć TAMTO wydarzenie? I mogłeś wtedy porwać tłum opowiadając niesamowitą, wypełnioną krwawymi szczegółami historię, bo właśnie TEGO ich pozbawione rozrywki umysły pragnęły najbardziej. Z reguły postanawiałeś jednak posłużyć się uniwersalnym gestem wzruszenia ramion, by otrzymać w zamian od rozmówcy ciche „och”, sugerujące rozczarowanie, że nie miałeś ochoty po raz tysięczny z rzędu opowiadać TEJ historii. Na szczęście teraz ludzie już nie pytają, przynajmniej nie w Parku, wróć, w Świecie Jurajskim, bo są zbyt przesądni i boją się, że sprowadzą na siebie kolejną katastrofę samym wspominaniem o apokalipsie sprzed dwudziestu lat. Podoba ci się ich podejście.
Drugie z kolei pytanie pojawiało się z równą częstotliwością, ale irytowało już nieco mniej, bo było inteligentniejsze –– dlaczego postanowiłeś TUTAJ wrócić? Może przez ciepły klimat, darmowe bilety na każdą atrakcję i nie taką złą pensję, której i tak nie masz na co wydawać? Co najlepsze, ty sam tego nie wiesz, chociaż gdy zadzwonili do ciebie z propozycją, nawet się nie wahałeś, po prostu spakowałeś walizki i zadzwoniłeś po narzeczoną. Daleko ci do strachliwego dzieciaka, którym kiedyś byłeś, ale nadal czujesz przecież nieprzyjemny ścisk w żołądku na widok T-Rexa oraz swojej siostry, która od tamtej pory za każdym razem przypominała ci o wszystkim, co się stało. Ale to chyba bez znaczenia, i tak nigdy za sobą nie przepadaliście.
I teraz trafiłeś do miejsca, w którym ludzie pytają jedynie –– jak się masz? Co słychać? Ładna pogoda, prawda? Ale ty dalej po prostu wzruszasz ramionami.
Tak, naprawdę lubię starą serię filmów i pomyślałam sobie, że zrobię bohatera z traumą, który cudem przeżył pierwszą katastrofę w parku i na dodatek jest wnukiem Hammonda, deal with it. To że trauma mu nie wyszła, to już niestety nie jest moja wina, chciałam żeby był bardziej pokrzywdzony, ale Tim się zbuntował odmawiając ciągłego przyjmowania pozycji embrionalnej i ssania kciuka. W każdym razie... lubię i chcę wątki? Proszę?
[ Serdecznie witamy Ludzką Grzankę. Życzymy wielu wątków i dobrej zabawy.]
OdpowiedzUsuń[ Jak dobrze, że on tego kciuka nie ssie, tak wyszedł o wiele lepiej :3 I cieszę się, że ktoś sięga po tak "stare" postacie, aż chyba sobie obejrzę pierwszą część JP]
OdpowiedzUsuńCameron Flynn
[No i proszę, jak ślicznie. Teraz daj mi wątek i już pełen wypas.]
OdpowiedzUsuńPhoebe
Wszystko szło idealnie. Aż dziwnie idealnie, bo w jej pracy kłopot był na kłopocie, a już na pewno sprawdzało się zasłyszane powiedzenie, że wiatr wieje mocniej im bliżej szczytu. Może rzeczywiście porównywanie tego wywiadu do szczytu było przesadą, bo wyszedł totalnie przy okazji, ale doskonale pamiętała dzień, w którym los się uśmiechnął i do niej i do Timothy'ego.
OdpowiedzUsuńTrzy w jednym. Znajomy dziennikarz, jeden z tych, którego nie miała ochoty uderzyć po godzinach, chciał załatwić trzy historie w jednym artykule. Zaczął od skromnego pomysłu rozmowy z kimś z obsługi technicznej i spraw IT, ale gdy usłyszał, co może dostać, podjarał się niemniej niż Pheebs na taką szansę dla Parku i jej narzeczonego. Czego nie robi się w końcu dla kariery oraz miłości, prawda?
Timothy był świetnym informatykiem i systemy obsługujące większość atrakcji znał lepiej niż, cóż, ciało panny Shaw. Do tego przeszedł swoje i znał pierwszą odsłonę Parku. To już murowany hicior. Ale wiedząc, że nie będzie chętnie o tym rozmawiał, pokombinowała i przerodziła to w reklamę dla obecnej wersji wyspy. Nic tak idealnie nie pasowało jak te trzy zgrywające się ze sobą elementy. Informatyk, który przeżył piekło, a i tak powrócił, żeby pracować w lepszej, świetniejszej wersji parku? Gazety sprzedają się jak świeże bułeczki, a im przybywa gości. A reputacja jest bezpieczna.
Wiedziała, że Timmy będzie marudził. Zawsze przy takim czymś marudził. Ale się zgodził. Zadziałało parę sztuczek, które znała, żeby jej ukochany chociaż raz na jakiś czas poszedł jej na rękę. Tym bardziej, jak cały czas twierdziła, to nie tylko je praca, ale też związek, bo robiła to dla niego...
Dzień wywiadu więc nadszedł. Dziennikarz Rupert McKeen przyjeżdżał z samego Nowego Jorku. Przyjęła go o jedenastej, pół godziny później miał być wywiad. Sama miała go zaprowadzić w odpowiednie miejsce - do pokoiku, w którym pracował Murphy. Bo nie ma nic lepszego, niż naturalne środowisko pracy.
Była godzina jedenasta czterdzieści pięć. Rupert siedział lekko zmieszany, ale na szczęście jeszcze nie wściekły, stukając długopisem o blat stolika na korytarzu, popijając już drugą kawę na wynos.
Sygnał połączenia, chyba czternastego z kolei, drażnił jej ucho. Była wściekła, chociaż gdy wreszcie usłyszała ten głos, który kochała nad życie, na moment jej przeszło i się uspokoiła.
- Nie ma cię. - Wypaliła, oczekując dobrej wymówki, a najlepiej obietnicy, że za dwie sekundy będzie. Skoro odebrał, to przynajmniej nic go nie zeżarło.
Pheebs
[O materdejciu. Ta rodzina Murphy to się zainteresowaniami chyba pozamieniała. xDD Przyznajcie się, że to wyciecza do Parku Jurajskiego namieszała wam w głowach ^^ Witam już nie tak małego Timmy'ego.]
OdpowiedzUsuńRae James
[Ma to sens. Tylko akurat ironicznie zmiksowaliście pasje rodzeństwa. xD Dlatego zwróciło to moją uwagę. Taki nie-całkiem-traumatyczny Tim przynajmniej może zaskoczyć. A tym, że jest wnukiem Hammonda, to przy Rae, jeśli, kiedyś może się zgramy na wątek, to bym się nie chwaliła. W sumie Hammond, zasłynął tylko z wielkiej tragedii w której zginęli ludzie. W większości nie paleontolodzy, tylko biedni informatycy, technicy, mechanicy. xDD]
OdpowiedzUsuńRae James
Człowiek musi przywyknąć do pewnych spraw. Wszystkie stworzenia zresztą przeznaczone są do przystosowania się. Nauczył ją tego między innymi pobyt tutaj, gdzie co chwile mówi się o matce naturze, o ewolucji, rozwoju, przetrwaniu i historycznych bzdetach, które musi zgrabnie przeradzać w filozoficzne formułki, żeby zbić dziennikarzy z tropu. Z dwojga złego już wolała prawników, nie wiedzieć czemu, może temu, że miała ku nim jakiś respekt. Chociaż ojciec kiedyś jej powiedział, że ma prawo (piękna gra słów) nienawidzić ich z całego serca, skoro sama nie dostała się na odpowiednie studia. Bzdura. Ojciec był mądrym człowiekiem, ale plótł głupoty trzy po trzy jak mało kto. Już matka była czasem bardziej znośna, o ile nie namawiała przy obiedzie świątecznym Tima do spłodzenia jej wnuka. Masakra.
OdpowiedzUsuńTak samo Phoebe przywykła już do wybryków Tima. W końcu go kochała. Nie wiedziała jak działa taka fizyka, ale ciągnęło ją do tych jego nieuczesanych włosów, nieogolonego zarostu, zamyślonych oczu, kciuków, które śmigały po padzie jakby zaraz miał się zapalić. Coś sprawiło, że ułożona, nerwowa dziewczyna z ambicjami wyższymi niż ten dziwny dinozaur z szyją jak żyrafa (nigdy nie nauczy się nazw) zakochała się w lekko niezdarnym informatyku. Bywa.
Swoją drogą, za obrzygane szpilki by go nie zabiła. I tak leżały w szafie, w pudle, dogłębnie schowane i nieużyte więcej niż trzy razy. Pewnie nadejdzie sądny dzień, gdy będzie musiała je ubrać i walczyć sama ze sobą. Nienawidziła szpilek. Szczególnie tutaj.
Bezwiednie bawiła się pierścionkiem zaręczynowym, jakby pocieranie ledwo widocznego kamyczka powodowało pojawienie się Tima jak dżina. To byłoby całkiem niezłe, ale nie miała głowy do opatentowania tego w tej chwili.
- Będzie dosłownie za chwilę - rozłączyła się nerwowo, ale nie dała po sobie tego poznać. Podeszła do Ruperta, uśmiechnęła się tak, jak robią to profesjonalni kłamcy. Nie proponowała mu nic do picia, bo zaraz zacznie sikać i to pewnie kawą, skoro tyle im wydoił. Za ich żetony, bo w końcu był gościem. Miał wielkie szczęście, że go tak traktowano ze względu na wagę artykułu, pewnie dlatego zdając sobie z tego sprawę jeszcze miał ostatnie gramy cierpliwości w sobie. - Awaria. Tak właśnie wygląda praca informatyka. Trzeba sprawdzać wszystko dokładnie, lubimy zapinać takie sprawy na ostatni guzik. Rozumiesz, Rupercie. Pomiędzy nami, to zarząd jest bardzo ułożo...
Drzwi widny się rozsunęły i Tim wpadł zdyszany, spocony i rozczochrany do środka. Nie był ubrany jak ktoś, kto będzie zaraz udzielał wywiadu do nowojorskiej gazety.
Miała dwie sekundy na wymyślenie wymówki. Zaniemówiła. Trzy sekundy. Rupert już sięgał po długopis, zanim powiedział coś innego niż "witam".
- Klimat czasami nie sprzyja, ale lokalizacja wyspy idealnie odpowiada realiom jakie panowały. Tim, otwórz proszę biuro, skoro już jesteś, ja oprowadzę pana Ruperta, a Ty... - wysłała mu wymowne spojrzenie... - ... opowiesz mu wszystko gdy będziesz gotowy. Prawda?
Zacisnęła zęby w sztucznym, niby spokojnym uśmiechu, że niby się nie denerwuje. A jednak miała spine, bo widząc stan Tima, nie miał przy sobie zapewne albo klucza albo telefonu. Modliła się, żeby to było to drugie. Przynajmniej nikt nie będzie im przerywać telefonami.
Pheebs