06.07.1978 | trener alfa velocyraptorów | zakończona kariera gwiazdy rocka w marynarce wojennej
Człowiek szuka swojego miejsca w łańcuchu pokarmowym gdzieś tak
do osiemnastego roku życia. Pod koniec liceum zaczyna się
orientować, że to miejsce znalazło się samo, trochę przypadkiem.
Ma się już tą stałą paczkę znajomych, ulubioną kawiarnię nie
tak daleko od szkoły, uroczą towarzyszkę na balu maturalnym. Jest
fajnie. Gdzieś tak do
momentu, gdy trzeba odkurzyć garnitur z balu, zatknąć na głowę
idiotyczną czapkę i odebrać świadectwo, na którym równie dobrze
mogło być napisane „spadaj”. Natura jest pod tym względem
bardziej wyrozumiała; nie rzuca zwierząt do nowego środowiska co
kilka lat i każe układać wszystko od nowa. Ludzie mają gorzej;
mogą co najwyżej resztę życia szukać w swoim otoczeniu osób,
które pasują do konkretnego modelu.
.............................................................................................................
W wypadku Owena Grady'ego to
najprostszy z możliwych modeli, szczególnie popularny w czasach
Homini Australophiteci – s t a d o. I musi to być stado, któremu
będzie przewodził, w przeciwnym razie zagryzie go własna,
dominująca osobowość. Dobrze odnajdywał się w wojsku, choć ten
i ów chodził potem ze złamanym nosem czy opuchniętą szczęką.
Nikt nie miał wątpliwości, który samiec jest najsilniejszy. Tak
samo dobrze odnajduje się wśród velocyraptorów jako jeden z
pierwszych ludzi, którym udało się oswoić te drapieżniki. Lub
nie tyle oswoić, co nawiązać więź. Wypracowaną długimi
miesiącami, opartą na szacunku, wzajemnym poznaniu i zrozumieniu na
ile to możliwe. Wziął tę pracę po części dlatego, że w '93
doktor Alan Grant wywróżył mu ze skamieniałego pazura nagłą
śmierć w następstwie ataku dwumetrowych indyków. Owen
miał po tym spotkaniu koszmary przez tydzień.
.............................................................................................................
Grady jest dokładnie tym
człowiekiem, na jakiego wygląda. Prostym w obsłudze samcem o
niewybrednym poczuci humoru. Gdy nie zajmuje się byciem współczesną
wersją Tarzana, naprawia (a w każdym razie wygląda, jakby
naprawiał) swój motor, wykorzystuje holokonsolę do gier, zaprasza
koleżanki z pracy na lunch, przekłada zrobienie prania na potem. W
gruncie rzeczy uczciwy chłopak z Kalifornii, mocno broniący swoich
przekonań. Co chyba jest po prostu cechą wszystkich tych dzieci,
których rodzice się rozwiedli, znaleźli innych partnerów, mają
inne dzieci i nieustające poczucie winy, że to najstarsze nie ma
prawdziwego domu, do którego mogłoby wrócić. A Owen, gdyby mógł,
smażyłby sobie jajecznicę w aktywnym wulkanie.
.............................................................................................................
Witam serdecznie! Na zdjęciu Chris Pratt, w tytule Dire Straits (Money for Nothing, konkretnie). Zwykle łatwiej mi się wymyśla niż zaczyna, ale to nie jest reguła, więc generalnie można przychodzić do mnie ze wszystkim. Na przykład z powiązaniami i tequilą.

[Serdecznie witamy w załodze, życzymy wielu wątków i dalszego nie bycia zjedzonym przez rapt... indyki]
OdpowiedzUsuń[ Z taką cudowną postacią? Zawsze. Może być juz po randce będą się mieli o co spierać i wytykać sobie błędy z tej randki- takie w sumie końskie zaloty. Poza tym może jakaś wyprawa w teren też byłaby mile widziana dla niego w formie pracy a dla niej jako jego nadzorcy. O wiem- może by tak wykorzystać fakt że dinozaury są przez niego tresowane? Claire mogłaby chcieć zrobi z tego atrakcje, albo raczej jej przełożony naciskałby aby namówiła Owena by ten zaprezentował swoich pupili publicznie. W tym celu mogliby tez udać się w teren czy coś ]
OdpowiedzUsuńClaire
[Dzień dobry, chcęęę! Znaczy wątek.Uwielbiam Chrisa Pratta za Strażników Galaktyki, generalnie Jurassic World jeszcze nie widziałam, ale chcę wątek, bo pan zapowiada się na prawdę świetnie, zarówno tutaj, jak i w zwiastunie ^^ Tylko nie wiem co, żołnierska przeszłość ich łączy, ale nie te kraje. Ugh...]
OdpowiedzUsuńJohn
[ Więc czekam z niecierpliwością ]
OdpowiedzUsuń[Oh, tak, piękne <3 Tylko obiecaj mi, że nie będę musiała sama kierować wszystkimi NPC-ami :) Zacząć? A jeśli tak, to na jaką długość. ]
OdpowiedzUsuńJohn
[Witaj, alfo. Ale między ludźmi nie jest takim despotą, co?]
OdpowiedzUsuńKyle W.
[Hej! Tak trochę wstępnie byłabym zainteresowana Elsą... annelinexyz.z@gmail.com]
OdpowiedzUsuń[No nie powiem, całkiem ciekawy wątek. Kyle pewnie będzie się wahał między uspokojeniem kolegi, a dorwaniem się do Azjaty razem z nim... ;> Zaczniesz, czy zacząć?]
OdpowiedzUsuńKyle W.
[ Chcę! Już widzę jej minę jak on w poniedziałkowy poranek, kiedy ona bardziej przypomina zwłoki niż człowieka, nazwie ją słoneczkiem, bo akurat to mi do niego tak bardzo pasuje ;x Iść z myśleniem w tym kierunku, czy nie bardzo?]
OdpowiedzUsuńCameron Flynn
[Uwielbiam gościa w filmie, więc mam nadzieje, że wątki męsko-męskie idą ci dobrze.. bo bym jakiś chciała stworzyć ;)]
OdpowiedzUsuńNathaniel
[No niestety, to jest na pewno minus przejmowania postaci, które ludzie lubią bardzo ;) Ah, jeśli masz pomysł to mogę przymknąć oko na to, że nie lubię zaczynać i dam radę wymęczyć te może 300 słów na zaczęcie wątku ^^]
OdpowiedzUsuń[ W takim razie już wiem kto się stanie ludzką tarczą. Cameron chętnie w niego porzuca jeśli nazwie ją Panią Próbówką.
OdpowiedzUsuńPróbuję wymyślić jakąś konkretną sytuację na wątek... Może pijana Cameron zawędrowałaby pod wybieg raptorów? Siadłaby sobie pod jakąś ścianą, wyciagnęła nogi i zaczęłaby nucić jakąś sprośną piosenkę, do pustej butelki. Bo na przykład doszła do niej plotka, że jej były kogoś ma, a przecież to w ogóle nie powinno być możliwe. Nie wiem ;-;]
Cameron Flynn
[Podoba mi się pomysł, więc spoko zacznę. Spróbuję jeszcze przed spaniem, ale nie obiecuję]
OdpowiedzUsuńLubił swoją pracę i mógł całe dnie spędzać przy podopiecznych co zwykle i tak robił, jednak wszystko było wybitnie dobrze póki pracował sam, ewentualnie miał do pomocy kogoś z pozostałej trójki weterynarzy. Wtedy nie musiał się bawić, nie musiał tłumaczyć wszystkiego na prosty język, aby jego ewentualna pomoc ogarniała co ma zrobić lub podać. Zwykle przy takich znajdywanych na szybko asystentach tracił zbyt dużo czasu i musiał wychodzić z wybiegu zanim kończył podawanie leków, zabieg czy opatrywanie ran o które też nie było ciężko przy tych kolosach. Dziś jednak miał wyjątkowo pechowy dzień. Już od rana nie wszystko szło po jego myśli i gdy tylko stawił się w pracy dostał listę tego co musiał dodatkowo sprawdzić. Był już w połowie odhaczania zadań, gdy pojawiła się informacja, że jeden z jego podopiecznych, dorosły Parazaurolof, który od kilku dni cierpiał na chorobę, której początkowo nie mógł zdiagnozować, dziś znów czuje się źle bo przestał jeść. Porzucił dotychczasowe zajęcie by jak najszybciej zająć się Parazaurolofem i dowiedzieć się co jest nie tak.
OdpowiedzUsuńBędąc na miejscu padła jednak informacja jaka trochę go zirytowała, a trochę zaniepokoiła. Miał dziś przy tak wielkim zwierzęciu pracować z Owenem, którego mniej więcej kojarzył... w sumie może kilka razy zamienili kilka zdań, głównie tyczących się Raprotów, gdy Nathaniel był tam aby sprawdzić ich kondycję. Poza tym znał go tak jak każdy Ten gość od Velocyraptorów , Alfa tego stadka i raczej wiele więcej nie wiedział. Miał tylko cichą nadzieje, że gość jest ogarnięty i będzie pomagał, a nie szkodził.
- Umiesz chociaż trochę? - spytał na dzień dobry, gdy Owen tylko podszedł. Przeszli korytarzem i weszli do jednego z dwóch pomieszczeń.- Powinniśmy mieć maksymalnie półgodziny... ale jak to zwykle bywa z tą pięknością, środek podziała jakiś kwadrans – powiedział.
Wziął torbę z narzędziami i lekami jakie potrzebował, później sięgnął po broń na sprzężone powietrze i dwie strzałki, które miały odpowiednią dawkę środka usypiającego.
Kiedy weszli na nieduży wybieg na którym znajdywała się chora sztuka, strzelił raz podając środek.
- Jest osłabiona więc nie taka szybka – powiedział cicho przed strzałem. Powiedział Owenowi by poczekał na niego, a sam odniósł broń, pozostawiając przy tobie jedynie strzałkę z dodatkową dawką. Zamknął szafkę i obejrzał się, gdy nagle usłyszał dziwny dźwięk jaki wydał z siebie Parazaurolof. Podbiegł do drzwi by cokolwiek zrobić, ale wtedy właśnie usłyszał uderzenie w drugie drzwi, a po chwili sygnał alarmu i szczęk zamykanych drzwi. Spróbował je otworzyć, wpisał kod i pchnął je, jednak pojawiała się informacja o blokadzie. Podszedł do okna, zwierzak już leżał i jedynie porykiwał, zanim zasnął. Nathaniel spróbował jeszcze raz otworzyć drzwi, ale ponownie nic to nie dało. Podszedł do panelu i wcisnął przycisk bo interkom był teraz jedyną możliwością.
- Przejdziesz chyba szybki kurs obchodzenia się z Parazaurolofami, Owen – mruknął i domyślał się, że mężczyzna nie będzie zadowolony z tego.- Musisz podać jej leki i wziąć próbki z pyska... starczy wymaz, w mojej torbie masz to czego potrzebujesz.... będę ci wszystko tłumaczył.- dodał. Na szczęście z tego miejsca widział wszystko wystarczająco dobrze.- Dasz radę? - spytał w końcu. Miał nadzieje, że nie padnie żadna inna odpowiedź, niż ta twierdząca.
[bałam się, że nie wyjdzie nawet 300, a tu rozpisałam się na 500 xD Później już tak nie bedzie, pewnie średnio wyjdzie jednak to 300..bo tak zwykle mi to wychodzi]
Obserwował przez szybę jak Owen uspokaja gada, był nieco zdziwiony że gwizd podziałał skupieniem uwagi samicy, zwykle głośniejsze dźwięki płoszyły bardziej ten typ dinozaura, ale widać nie dziś i nie w tej sytuacji. Wykrzywił wargi w uśmiechu słysząc komentarz mężczyzny.- Uważaj bo twoja wybranka na randkę jest mało towarzyska gdy nie śpi – prychnął, ale widać, a raczej słychać było rozbawienie. Atmosfera nieco się rozluźniła i nawet Nathaniel przestał być tak spięty. Zerknął na panel na którym dalej wyświetlony był napis blokady.
OdpowiedzUsuń- W torbie masz zapakowaną szpatułkę do wymazu i pojemniczek przypominający probówkę. Weź jeden komplet i przejdź do jej pyska... rozpakuj szpatułkę i rozchylając jej pysk, wsuń końcówkę pod język, tak z dwie minuty pocieraj szpatułką, później schowaj ją do pojemniczka i zapakuj w woreczek, który znajdziesz w mojej torbie – wyjaśnił mu najprościej jak się dało i patrzył jak mężczyzna robi dokładnie to co mówił. Czekał cierpliwie aż ten zrobi co musi.- Jak wygląda wnętrze jej pyska? Widzisz coś dziwnego... jakieś zasinienie lub zbytnią bladość? - spytał. Nie mógł tego sprawdzić sam.- Obejrzyj jej oczy, jeśli zobaczysz zaczerwienienie to z torby weź taką białą buteleczkę, przemyj jej oczy – dodał.
Musiał teraz myśleć o wszystkim co normalnie zrobił by odruchowo i miałby jakieś pojęcie o stanie w jakim była samica. Czekał aż usłyszy czy widać coś niepokojącego, musiał przeanalizować jaką dawkę leków podać zwierzęciu... do którego nie mógł się nawet zbliżyć.
Podszedł do drzwi i spróbował znów je otworzyć.
- No otwórz się, kurwa mać – burknął zirytowany. Ścisnął nasadę nosa, wrócił do szyby i mikrofonu by mówić co trzeba robić dalej.
[Heeeej, Grady. Co byś powiedział na wątek? Mam taki pomysł, ze my to się raczej nie lubimy. Moja Rae zajmuje się naprawą zabezpieczeń, więc widzę to tak...
OdpowiedzUsuńCo nie przyjdziesz na kontrolę, którą Ci odgórnie zlecają, to się mądrzysz i muszę wszystko przebudowywać od początku, albo w znacznej części. Tak się nie da pracować! Nie można szastać wiedzą o dinosiach na lewo i prawo i utrudniać innym pracy!!!
No... coś takiego mi się widziało xD]
Rae James
Wezwanie do InGenu? Pewnie wziąłby je bardziej osobiście do siebie, gdyby nie fakt, że on i raptory jeszcze nie do końca mieli czas na integrację. Ściślej mówiąc: nie mieli go w ogóle. Kyle świeżo po przeniesieniu go z metriakantozaurów wciąż się wdrążał i szukał związków w tresurze, ale powiedzmy sobie szczerze... niewiele z tego czego dotychczas nauczył się przy innych dinozaurach mógł zastosować praktycznie w odniesieniu do prehistorycznych Królów Agresji, jak lubił nazywać stado velocyraptorów. To nie tak, że był idiotą i nie uczył się na błędach, po prostu żadna z utrwalonych przez niego metod działania nie sprawdzała się przy nowym stanowisku. Wprawdzie czasem wystarczyła cierpliwość w opiece nad zębiastymi podopiecznymi, ale tym razem chodziło o coś zupełnie innego. Trenowanie raptorów bazowało na wzajemnym szacunku, a żeby na niego zasłużyć, należało dać zwierzakom czas. Dużo czasu. No więc dokładnie to robił. Nie dążył do kontaktów ze stadem sam na sam i nie udawał, że może być lepszy od Owena — to nie był odpowiedni moment na brawurę — jako mądry przedstawiciel płci brzydkiej dystansował się, ustanawiając bezpieczną granicę między nim, a tymi w chuj niebezpiecznymi praszczurami. Wolał na spokojnie odnaleźć drogę dotarcia do nich, niżeli narażać się na pozbawienie ręki, czy nogi. Koniczyny zasadniczo były mu jeszcze potrzebne do życia w mniejszym bądź większym stopniu, choć pewnie dinozaury się z tym nie zgadzały — tak czy inaczej chciał mieć je w komplecie.
OdpowiedzUsuńSiedząc w gabinecie przemądrzałego Azjaty starał się nie skupiać na sobie czyjejkolwiek uwagi, nie był wprawiony w boju, więc pozwolił Grady’emu przejąć stery, samemu odnajdując rozrywkę w przewracaniu długopisu między palcami. Gdy jednak doszło do naprężenia między mężczyznami i niepowołanej eskalacji konfliktu, jego plany zachowania milczenia samoistnie spaliły się na panewce.
— Nie to, żeby coś, ale popieram Owena. Trzy osoby w pobliżu stada to całkiem sporo, ale cztery to już tłum. Chyba nie muszę wspominać o tym, że raptory tłumów nie lubią? Więc jeśli wysyłacie nam nadzór kierując się bezpieczeństwem, to nie tędy droga.
W przeciwieństwie do swojego kolegi nie wyrażał żadnej oznaki napięcia, przeciwnie, mówił dość swobodnie, dokładnie tak, jakby właśnie urządzali przyjacielską pogawędkę.
— On to wie... — mówiąc to wskazał na Owena — ...a pan już wie, więc może na tym skończymy dysputy?
[Nie chciałam ingerować za bardzo w reakcje Owena, więc nie opisywałam ich wprost.]
Obudziły ją poranne promienie słońca bezczelnie wdzierające się przez przyciemniane okna w jej pokoju. Choć budzik miał dzwonić dopiero za czterdzieści minut, z tego co się orientowała było około godziny szóstej, zwlekła się z łóżka, powoli przywracając się do stanu używalności po ciężkiej, praktycznie bezsennej nocy. Jeszcze nie udało jej wyrzucić z głowy donośnego głosu Simona jasno przedstawiającego jej nowe potrzeby parku. Nowe potrzeby. Nowa atrakcja. Coś co jeszcze nie było gotowe, choć starała się jak mogła by przyspieszyć proces powstawania nowego dinozaura, to była przecież zaledwie dyrektorem tej placówki a nie naukowcem zajmującym się jego rozwojem. Mogła tylko czekać, albo znaleźć inną rzecz, która byłaby w stanie zająć znudzonych turystów do czasu, aż nowy wyklułby się z jaja.
OdpowiedzUsuńPomysł przyszedł nagle, w sumie nawet nie wiedziała kiedy, jednak jak już się pojawił, wiedziała co powinna zrobić. Złapała telefon i wydzwoniła jednego z trenerów velocyraptorów przedstawiając mu swoją kuszącą ofertę. Potem, trzymając telefon przy uchu ubrała się w nową spódnicę przysłaną przez jej siostrę z cienkiego lnu na tyle szeroką by mogła się w niej bez problemu poruszać, jednak na tyle wąską, by podkreślić kształty. To była sztuka ubrać się tak by ludzie widzieli w niej zarówno poważną kobietę biznesu jak i perfekcyjną przedstawicielkę tejże płci pięknej. Przejrzała się kątem oka w lustrze i chwyciwszy za swoją torbę z ważnymi dokumentami wyszła z pokoju rytmicznie uderzając obcasami w marmurową posadzkę.
Wychodząc na zewnątrz budynku przywdziała na twarzy lekki uśmiech, poszerzając go za każdym razem, gdy minęła jakąś osobę- dodatkowo skinięciem głowy powitała kilku strażników oraz pracowników, dyskretnie rozglądając się wokół w poszukiwaniu znajomej, ogorzałej od słońca twarzy i oczu, które na jej nieszczęście zdążyły wyryć się w jej pamięci. Kiedy dostrzegła Owena odruchowo sięgnęła do spódnicy wygładzając ją po bokach, po czym wypiąwszy do przodu pierś powędrowała w jego kierunku, ignorując inne indywidua próbujące zaskarbić sobie jej uwagę. Zatrzymała się kilka kroków przed nimi słuchając jego chaotycznej wypowiedzi z lekkim rozbawieniem i jednocześnie rosnącym w niej zainteresowaniem. Wyglądał jakoś inaczej, może było to spowodowane brakiem plam na jego koszuli, bądź w miarę czystymi włosami- sama nie potrafiła tego określić, jednak musiała przyznać, że wyglądał o niebo lepiej niż na ich randce, jeżeli w ogóle można było nazywać to spotkanie ranką.
- Witam panie Grandy- rzekła poważnie, wyciągając w jego stronę dłoń- Miło mi pana widzieć- i przechyliwszy lekko głowę dodała- wolę prowadzić. W końcu to tylko samochód- nie czekając na jego odpowiedź ruszyła w kierunku wozu, zasiadając na zaszczytnym miejscu kierowcy. Włożyła kluczyki do stacyjki i czekając aż mężczyzna usiądzie obok niej, ruszyła z piskiem opon przed siebie.
- To bardzo ważne, aby się udało- powiedziała kątem oka obserwując reakcje mężczyzny- Nasz park potrzebuje jakiejś nowej atrakcji. Ludzie się nudzą, od czasu do czasu potrzebują czegoś nowego, jakiegoś odstępstwa od swoich przyzwyczajeń. Podobno jesteś najlepszy, więc uważam, że dasz sobie radę. No chyba, że się mylę i powinnam zapytać kogoś innego…
Claire
[Średnia długość jest bardzo ok. Szczyrze mówiąc sama ostatnio wolę coś krótszego.]
OdpowiedzUsuńR. J.
Zbliżył się bardziej do szyby, kiedy usłyszał nagle, słowa mężczyzny. Stwierdzienie, że coś mu się nie spodoba... spowodowało, że tym bardziej chciał stąd wyjść i zobaczyć z bliska to co pewnie go zaniepokoi. Słuchał uważnie jak Owen opisuje to co widzi.
OdpowiedzUsuń- Nie dobrze – szepnął. Zastanowił się co teraz... to tłumaczyło, czemu samica nie jadła za dużo i traciła na wadze.
Wcisnął przycisk by znów podpowiedzieć co ma zrobić mężczyzna.- To roślinożerca, jej źrenice reagują wolniej niż u drapieżników... jeśli jest jeszcze wolniejsza to tylko przez leki – odparł. Przechylił nieco głowę słysząc, że grzebień jest gorący.
- To dobrze, grzebień zawsze jest cieplejszy u tego typu dinozaurów... dotknij kończyn i szyi jej, jeśli też są ciepłe to trzeba zbić nieco temperaturę – powiedział. Odsunął się od szyby, robiąc jeszcze jedno podejście i próbując otworzyć drzwi. Wbijał kod odblokowujący drzwi, nie dawał za wygraną, próbując raz, drugi, trzeci.- No kurwa, weźcie zadziałajcie – wysyczał już rozdrażniony. Dziesięć minut i gość który miał mu jedynie pomóc, będzie sam na sam ze spłoszoną i otumanioną jeszcze nieco zwierzyną. Wystraszony roślinożerca, mógł być bardziej niebezpieczny niż Raptory z którymi tamten pracował na co dzień. Uderzył pięścią w drzwi, sam zaczynał panikować.. bo nie chciał pracować dalej z myślą, że ktoś kto w ogóle nie powinien być za tymi drzwiami, pomagał zwierzakowi i nawet nie znał się na tym.
- Minął już czas blokady – mruknął w końcu zrezygnowany, wpisał ostatni raz kod i nagle panel zmienił kolor z czerwonego na niebieski. Pchnął drzwi, a te otworzyły się.- Dzięki, cholerne dzięki.. - wymamrotał w przestrzeń. Podbiegł do Owena i przyklęknął przy zwierzęciu. Nałożył rękawiczki i wziął latarkę. Poświecił gadowi w pysk, patrząc na to co wcześniej opisał mu Owen. Wziął jeszcze jedną szpatułkę i pobrał jeszcze jeden wymaz z pyska dinozaura.- Pomogłeś dość, ale jeszcze się przydasz – spojrzał na towarzysza przelotnie. Schował szpatułkę do pojemnika i wrzucił do torby. Wyjął strzykawkę z igłą, potrząsnął niedużą ampułką i nabrał płynu do strzykawki. Znalazł miejsce gdzie skóra podopiecznej była najcieńsza i wbił tam igłę by pogać jeden lek.
- Obserwuj jej pysk, głaszcz ją tuż pod okiem... to ją uspokoi jak zacznie się wybudzać – mruknął, akurat w chwili kiedy alarm nastawiony przez Owena, dał znać, że minęło piętnaście minut. Na szybko podał jeszcze kilka leków podskórnie. Patrzył jak zwierzak budząc się zaczyna się wiercić i machać powoli ogonem.- Dobra uciekamy chyba stąd – mruknął cofając się powoli.
[Musiałaś się bardzo starać xD]
OdpowiedzUsuńDostrzegła go wcześniej niż mu się wydawało. Nie ulegało wątpliwości, że miała pewne ale co do jego obecności. W przeciwieństwie do niego, wcale nie próbowała tego ukryć. Jakoś to tak dziwnym trafem było, ze każda jego wizyta kończyła się dokładaniem jej roboty. Właśnie siedziała nad kontrolkami naprawiając błąd jakiegoś nowicjusza, który źle popodpinał kabelki, kiedy rzucił jej się w oczy Owen Grady — irytujący, arogancki typ, którego Masrani wiecznie wysyłał na kontrole zabezpieczeń.
— Nawet się tu nie zbliżaj. Nie w tym kierunku, tylko nie w tym kierunku, Grady — na nic się jej zdały mantry odmawiane pod nosem. Mogła sobie tak burczeć cały dzień, a nie uniknęłaby jego wizyty. Przeklęła siarczyście pod nosem, widząc jak mężczyzna zbliża się w jej stronę. Pozwoliła sobie udać, ze go nie widzi, zajęta uziemianiem spalonych kabli. Nie podniosła już na niego wzroku kiedy podszedł, dosuwając sobie krzesło. Słysząc jednak jego bezczelny ton, odbijający się echem w jej głowie. nie dała mu skończyć powitania, przerywając mu:
— Nie na tym krześle, Grady! Idź pomęczyć kogoś innego. Nie zepsujesz mi kolejnej roboty. Nawet się nie odzywaj, chyba, ze chcesz mnie zaprosić na randkę. Właśnie, jak spotkanie z Dearing? – uśmiechnęła się słodko, zwracając się do niego w bardzo sarkastycznym tonie. Zarzuciła go gradem zgryźliwych komentarzy, nie chcąc mu dojść do słowa. Z autopsji wiedziała, że jak tylko otwierał usta, nie spływało z nich nic dobrego. — Dalej chodzi jakby jej ktoś kij wsadził w… szlag! Musiałeś się odezwać! Nie mogłeś się powstrzymać, co, Grady?!
Niestety, plan w łeb strzelił. Skrzywiła się znacząco, podnosząc się z kucek do postawy stojącej. Wytarła dłonie w szmatkę wiszącą na kontrolkach, próbując się pozbyć smaru z palców. Chwilę potem zaczesała pasma włosów, przylepiające się jej do twarzy do tylu. Naprawdę powinni zaoszczędzić na dinozaurach i zainwestować w wentylatory przy maszynerii. Było tu gorąco jak w piekle, a na samą myśl o kolejnym żarliwym spotkaniu z Owenem robiło jej się jeszcze cieplej. Przeklęła go w myślach, splatając ręce na piersi. Patrzyła na niego krytycznie, ignorując fakt, że wyglądała tylko nieznacznie lepiej od Owena, jako, że ufajdana była w kurzu i smarze.
— A Twój motocykl ma walnięty tłumik. Może tym byś się zajął, zamiast zawracać mi głowę?
Nawet nie starała się go słuchać, wiedząc, ze pewnie jak zawsze miał racje, ale konsekwentnie, jak zawsze, okazywało się, ze podwajał jej tym obowiązki.
— To może naucz się lepiej kontrolować swoje dinosie? — skwitowała na koniec, bardzo zajadliwie — nikt nie będzie wtedy musiał podwyższać murów.
R. J.
[Cieszy mnie, że się podoba. To wszystko bardzo spontaniczne było tak naprawdę. Wydaje się, że tylko głupi odmówiłby wątku z Owenem. Tym bardziej, jak masz już jakiś pomysł. Razem z Pheebs jesteśmy otwarci na wszystkie propozycje.]
OdpowiedzUsuńPhoebe
[Tak właśnie mi też przeszło przez myśl, że pewnie niejednokrotnie oświadczenia do prasy dotyczyły pracy ludzi pokroju Owena, więc idealnie się to nada. Nie wiem co na to jej narzeczony, ale możemy stwierdzić, że wszystko podzieje się niespodziewanie i szybko, więc Pheebs nie będzie nawet miała czasu się zastanawiać.
OdpowiedzUsuńMogę zacząć, chyba że Ty wolisz i nie chcesz czekać, bo moje zadanie na wieczór to nadrobić film, a potem już mogę cisnąć wątek :)]
[Teraz to czuję presję. xD]
OdpowiedzUsuńOparła się pośladkami o panel sterowniczy za sobą, na nowo splatając ręce na piersi. Patrzyła na niego nie ukrywając sceptycyzmu, słuchała co miał jej do powiedzenia, a jej wzrok automatycznie zawiesił się na jego dłoni, która powoli zaciskała się w pięść. Uśmiechnęła się cynicznie pod nosem, chwilę potem krzyżując z nim wzrok. Jej spojrzenie było niezbite. Pozostała niewzruszona nawet widząc ten perfidny, niby szelmowski uśmiech na jego ustach.
— Czy ja Cię denerwuje, Grady? — mówiła już spokojniej, ale było coś podejrzanego w jej tonie i spojrzeniu, kiedy wskazała głową na jego rękę. — To jest coś co nas łączy. Skoro już to ustaliliśmy, to może zamiast nas pogrążać, odwrócisz się na pięcie i pozwolisz mi w niemym zachwycie obserwować Twoje oddalające się cztery litery? Nie umawiam się z facetami. Nie mam czasu na randki. A wiesz dlaczego nie mam czasu, Grady?
I stało się. Jej ton powoli się nasilał, w trakcie kiedy zbliżała się do niego niewielkimi krokami, zmniejszając między nimi dystans z jednocześnie narastającą siłą głosu. Zatrzymała się dokładnie przed nim, cedząc słowa, od których w złości robiło jej się jeszcze goręcej.
— Bo odkąd mi tu przychodzisz i pitolisz coś o niskich murach, muszę pracować po nocach, a wiesz, co się dzieje z niewyspaną, rozdrażnioną kobietą…? Nadkładam dwa razy roboty, bo… niech to szlag! Te kable się wszędzie przypaliły, prawda? — urwała nagle zmieniając temat i syknęła coś pod nosem, odwracając się w kierunku kontrolek. Kucnęła chwytając w palce kilka kabli, które zdążyła już uziemić, a maszyneria ani myślała zadziałać. No tak… wszystkie spalone. Mierzyła napięcie w złym miejscu. Prychnęła niezadowolona. Tak się właśnie wszystko kończyło kiedy Owen Grady pozwalał sobie zakłócać jej spokój. Mogła pracować w warsztacie samochodowym, albo u techników informatycznych, mogła pracować gdziekolwiek. Boże! Taka właśnie była zajebista. Ale nie, ona pracowała w Jurassic Park, zmagając się z wielkimi wizjami fanklubu dinozaurów. I za co? Za dużą kasę, trzeba przyznać, ale chyba powinna zażądać podwyżkę.
— Spóźniłeś się. Mam już randkę. W nocy robię rozpoznanie terenu, skoro mam zabezpieczać wyższy mur. — rzuciła wkurzona kabelki na bok, spoglądając na niego przez ramię. Szybko zmieniała zdanie. Kapryśnie, jak kobieta. — Albo wiesz co? Nie. Chodźmy na randkę. Stawiałeś kiedyś mur Walco-rapto-coś tam? Dalej. Chodźmy postawić mur dinosiom. Chociaż raz to ty przeze mnie nie będziesz mógł spać w nocy. Wiesz co? W zasadzie dlaczego nie możemy tego zrobić teraz? Zbieraj się. To będzie Twoja najlepsza jurajska randka, Grady. Ale o to chyba nietrudno… Dearing? — spojrzała na niego z niedowierzeniem, kręcąc lekko głową zastanawiając się, czy obdarować go litościwym spojrzeniem czy wybuchnąć śmiechem. Nie mogąc się zdecydować w końcu spojrzała na niego litościwie przez śmiech.
— Powiedz mi, próbowała w tej swojej wąskiej spódnicy i garsonce wsiąść na motocykl? Musisz mi to opowiedzieć. To musiało być zabawne.
Rae
Siedemnaście to spora liczba. Jemu nie przyszła do głowy żadna złośliwość i nie wiedział, czy to on ma problem z zaangażowaniem się w rozmowę i wydobyciem z siebie odrobiny emocji czy to wszyscy inni wyolbrzymiają swoje lub cudze problemy. Ograniczał wypowiedzi do prostych, niezbrukanych przez uszczypliwość komunikatów, na czym póki co się nie przejechał. Prawdę powiedziawszy przez chwilę myślał nawet, że Owena też stać na podobny krok. Jak widać nadzieja matką głupich.
OdpowiedzUsuńAle przedstawmy wszystko po kolei:
Kyle ściągnął nieznacznie brwi, odkładając na skraj biurka do tej pory obracany w palcach długopis i w ciszy przysłuchiwał się rozmowie, niczym przykładny chłopiec usadzony w krześle na szkolnym apelu i — co trzeba było przyznać otwarcie — dokładnie jak uczniak nie wiedział ile jeszcze wytrzyma. Wprawdzie na razie atmosfera wrzała nie na jego froncie, ale kto wie, linia ognia szybko się zmieniała… i szybko ustawała? Z tym nigdy się nie spotkał, nie licząc dzisiejszego dnia, więc trochę się pogubił. Nagle zrobiło się bardzo spokojnie po obu stronach „boiska”. Czyżby cisza przed burzą?
Zerknął na kolegę z niejakim niedowierzaniem a potem... po prostu się uśmiechnął. Bardzo starał się ukryć ten gest, ale zważywszy na kąciki ust, które drgnęły ku górze wbrew jego woli, najwyraźniej kiepsko mu to wyszło. Na swoje usprawiedliwienie mógł tylko powiedzieć, że ciężko było tego nie zrobić, gdy Grady dowalił do pieca brutalnym komentarzem, który idealnie puentował sposób myślenia raptorów.
— Za wolno? — podłapał, nie do końca rozumiejąc co za idiota wymyśla progi czasowe dla danych sektorów. — Teraz przydałaby się jedna z twoich błyskotliwych ripost, bo jeśli Ty tego nie zrobisz, to ja chyba też zerwę z rolą dobrego gliny — mruknął, bardziej w kierunku Grady’ego, niżeli Azjaty. Nie to, żeby coś, ale aktualnie sam się zirytował. Każdy z trenerów działał sprawnie i szybko na miarę własnych możliwości, a właściwie nawet ponad nie, jakby władowano mu turbodoładowanie w tyłek, a ci cholerni teoretycy z morza potencjalnych wyrzutów wyciągali właśnie tę kwestię?
— Tak jak powiedziałem, firma...
— Jest zbyt zacofana w analizach, żeby nadążyć za Nami, więc powiedz mi jeszcze raz... kto ma problem z wartkością pracy? — wciął się w słowo nim w ogóle pomyślał.
— Jeśli nie potraficie ogarnąć syfu na zapleczu, nie dziwcie się, że w sklepie nie leży jak należy.
No i tyle jeśli chodzi o uprzejme gadki.
Kyle W.
Uniosła nieznacznie brwi, zagryzając wargę, ale nie w jeden z tych uroczych sposobów: tak mnie onieśmielasz, będę taka słodka i pokażę jak mnie zawstydzasz, bo wcale, WCALE nie chodzi o to, że nie jestem tak niewinna, bo właśnie myślę, jak Cię przelecieć na różnych pozycjach. Nie. Jej przygryzanie wargi przypominało raczej: trzymaj mnie, bo jak mu nie cisnę czymś dobrym, to wgryzę się w aortę i rozszarpię, ale jeszcze nie teraz; nie daj mu cholernej satysfakcji. Wstrzymała się więc od komentarza, z początku, zamiast tego, chrząkając wymownie.
OdpowiedzUsuń— Mogę Ci podpowiedzieć dlaczego — odezwała się w końcu — Może, co istotne, nie jest ważne to, czy się odwracasz, tylko czy sobie idziesz. W cholerę daleko. Na to stawiałabym nacisk — poklepałaby go pokrzepiająco po ramieniu, ale miała wrażenie, ze nie był jak większość facetów. Wprawianie go w osłupienie kosztowało chyba więcej wysiłku, a jeśli o wysiłku mowa, z całych sił starała się nie pokazać po sobie zmęczenia. Przysiadła na naprawianym wcześniej panelu, skubiąc paznokcie, przez chwilę, udając, ze go nie słucha, ale słuchała. Wolała znać kontekst. Niewymowną przyjemność sprawiało jej egzekwowanie każdego jego słowa. No, przynajmniej dopóki nie spróbowała się skupić na mieszaninie kabli. Nie była pewna, kto spartolił tą robotę, ale jej kabelki zawsze ułożone były w należytym porządku. Odpuściła sobie szukanie na oślep tych odpowiednich, które powinna była sprawdzić. Zamiast tego stanęła naprzeciwko mężczyzny, rzucając beznamiętnie.
— Jak wolisz, Dino. W gruncie rzeczy mi też Grady wydawało się zbyt mało wymowne.
Przetarła ręce wilgotną szmatką, zgarnęła soją ulubioną czerwoną kurtkę, narzuciła ją na ramiona, po drodze obmyśliła jeszcze obok której łazienki zdążą przejść i ruszyła w jego kierunku, wyraźnie bez szczególnego zaangażowania odczytując pewn subtelne komunikaty jakie próbował jej przekazać. Mów mi Owen. Nie jedziemy motocyklem. Interpretowała to według własnych wyobrażeń.
— Więc ustalone! Jedziemy Twoim motocyklem. Trochę głośno działa, ale jakoś to przeżyję.
Zatrzymała się patrząc jak strzepywał piasek na podłogę. Jej wzrok powędrował w dół, a potem z powrotem do jego oczu.
— Serio? — patrzyła na niego karcąco, niczym matka dająca naganę swojemu dziecku — Nie rób tego więcej — przechodząc obok niego, szarpnęła za jego ukochaną kamizelkę, zrzucając ją z jego ramion, a chwilę potem rzuciła mu ją do rąk, najpewniej strzepując większą ilość piasku na ziemię, ale w końcu… wolność Tomku w swoim domku, czy jakoś tak, nie?
— Powiedziałabym, że jesteś obrzydliwy, ale wtedy już pękałbyś z dumy, prawda?
Przewróciła oczami wychodząc przed nim za drzwi i odwróciła się jeszcze w jego kierunku, mrucząc pod nosem zadziorne:
— Nie byłbyś pierwszym, który chciał… i poległ. Na mnie, Dino, to ty jeszcze nie jesteś gotowy.
Rae
- Słońce, to nie jest zbyt dobre. - Uniosła wzrok znad wymiętolonej kartki, na której ktoś nieudolnie napisał parę zdań, jakimi za grosz nie uda się uratować tego małego kryzysu. Właściwie, to nie ktoś, ale Dorothy i nie małego kryzysu, bo z tej sprawy może narodzić się spory problem.
OdpowiedzUsuńPo pierwsze prawda była taka, że żadnego kryzysu jeszcze nie było, ale informacja o tym, że ktoś może przewozić coś nielegalnego statkiem pasażerskim na wyspę dobiegła do nich zanim jeszcze zgłoszono sprawę ochronie. Phoebe pozostało tylko trzymać kciuki, żeby okazało się to zwykłą bzdurą oraz zlecić pracownikom napisanie jakiegoś oświadczenia, które zażegna problem z turystami zanim to wyjdzie ewentualnie na jaw. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Po drugie, nigdy do nikogo nie mówiła per "słońce", dopóki kiedyś Dorothy, właśnie ta sama dziewczyna w grubych okularach, owinięta paskudnym szalikiem wokół pulchnej szyi, nie rozpłakała się po jednej ze swoich porażek. Już dawno powinna była ją wywalić, bo totalnie nie pasuje do tego miejsca, ale Dorothy parzyła świetną kawę, jednocześnie przy tym nie marudząc, jako jedyna trzymała porządek w papierach i nigdy nie skłamała szefowej biura prasowego, w którym przecież roiło się od zawodowych kłamców, którzy łatwo mogą stracić kontrolę nad własnymi historyjkami.
- Zróbcie to z Benem, niech sprawdzi i... - Miała poprosić ją o kawę, ale spojrzała na zegar ścienny i zdała sobie sprawę, że przecież może już wybyć na lunch. - Nieważne - rzuciła, wstając zza własnego biurka, chwytając torebkę, a na koniec wrzucając do niej telefon. Ruszyła przed siebie, nie dając nikomu znać co i gdzie idzie robić. Wiadomo było, że jeśli Phoebe Shaw opuszcza własne biuro, to tylko na lunch albo w załatwianiu sprawy, o której nikt nie powinien wiedzieć, jeśli mu nie mówi. Bo na papierosa wychodziła na taras.
Znalazła się przed budynkiem, zsuwając przeciwsłoneczne okulary na nos i wyciągając z torebki paczkę fajek. Nie zdążyła jednak znaleźć nawet zapalniczki ani zrobić kroku, kiedy usłyszała swoje imię.
Nie chciała być nieuprzejma, ale pierwsze, co przyszło jej na myśl, gdy zobaczyła Owena to "znowu coś zmajstrował...".
Nie zdobyła się nawet na uśmiech, ale skinęła lekko głową, dając znać, że usłyszała jego wołanie. Sekundę później był już przy niej.
[Mam nadzieję, że tak może być. Film i tak się nie obejrzał, bo leciał w telewizji ulubiony serial, a co mi zaszkodzi obejrzeć znowu pierwsze odcinki. Ale jest zaczęcie i liczę na to, że pasuje.]
Phoebe
Uśmiechnęła się kpiąco pod nosem na jego słowa, spoglądając na niego przez ramię, kiedy szła przed siebie. Nie podzielała jego zdania. W zasadzie nawet nieistotne było to, co ona myślała, ale co powinna była powiedzieć, żeby zaprzeczyć jego słowom. Tak też robiła.
OdpowiedzUsuń— Koleżkujesz się z tą połową zwierząt i ślinisz się na widok ludzi, konkretniej kobiet. Nie rozumiem. Wszystko się przecież zgadza — mruknęła nad wyrost teatralnie, jakby naprawdę nie była pewna, gdzie miałaby popełnić błąd i w dokładnie, którym miejscu, należało ją poprawić. — Wolałbyś coś bardziej męskiego, jak Rex albo Alfa? Wiem, Raptuś. Raptuś „Fluffy” Grady. Pasuje idealnie. Ale jak chcesz to jeszcze możemy wrócić po prostu do Grady’ego.
Nie znała pojęcia przegięcia. Dla niej igranie z męską dumą nie tylko było przyjemną, niebezpieczną zabawą, dostarczającą jej odpowiednie dawki adrenaliny, od której okazywała się uzależniona tak samo mocno, jak od kłopotów. Było również sposobem zarówno na nudę, na stres, na zmęczenie. Na życie. W końcu Rae James wcale nie próbowała zaskarbić sobie sympatii żadnego męskiego osobnika. Wręcz emanowała komunikatem głoszącym tyle, że wcale nie była zainteresowana wchodzeniem w konszachty z żadnym z nich. Być może kwestia przeżyć. W końcu była dwudziestoośmioletnią kobietą, albo zawsze taka była. Całe życie idąc pod prąd. Z prądem tylko w pracy.
Zaśmiała się bardzo złośliwie, słysząc coś o tym, jak to żadna dziewczyna nie rozbierała go jeszcze w tym miejscu.
— No co ty nie powiesz? Zdziwiłabym się gdyby było inaczej. Chcesz mi powiedzieć, że gdzie indziej robią to chętniej? – coś w tonie jej głosu sugerowało nie tylko sztuczne niedowiedzenie, ale też zjadliwość. Zniknęła w drzwiach łazienki, pozwalając mężczyźnie myśleć przez chwilę, że odpuściła mu temat transportu. Niewielkie kłamstwo. Przypomniała mu o tej kwestii wychodząc z czystymi rękoma i twarzą ociekającą wodą. Wyraźnie musiała ją obmyć z brudu. Owenowi też by się czasem przydało, choć wątpiła, żeby mogło to zmyć to z niego jego nieczyste myśli.
— To nic nie szkodzi. Jestem całkiem chuda. Nawet nie zauważysz, ze tam jestem.
Widząc jednak jego minę, wyczuwając brak szans, na kompromis, skrzywiła się nieznacznie. Jak sobie tam chciał. Wielki facet i jego wielkie ego. — Motocykl to nie żadna twierdza, której potrzebujesz bronić, Fluffy. Jakbyś jeszcze nie zauważył, jestem technikiem i mechanikiem! Naprawianie maszyn to coś z czego zarabiam.
Rzuciła mu kluczyki do swojego samochodu. Klasyczny Jeep Wrangler, jeden, z tych, którego sobie naprawiła z zamkniętej części wyspy, jeszcze ze starym logiem Parku Jurajskiego. Chociaż w idealnym stanie. Naoliwiony silnik, sprawnie działający, z wymienionymi olejami. Chodził jak ta lala.
— Tylko nie zepsuj, bo ja Ciebie zepsuję.
Siadając na miejscu pasażera (o dziwo, właśnie tak wolała, bo jakoś była zdania, ze facet zawsze lepiej wyglądał za kierownicą), podciągnęła kolana do góry, opierając je o deskę schowka przed sobą i wyciągnęła się wygodnie na miejscu, oplatając ręce wokół zagłówka.
— Chciałbyś wiedzieć, co z nimi robię, prawda? — zawtórowała jego słowom, uśmiechając się lekko podejrzliwie — Jeszcze będziesz miał okazję się przekonać.
— Tylko nie rzucaj tej szmaty na fotele, bo pobrudzisz mi tapicerkę — zastrzegła od razu, patrząc krytycznie na jego kamizelkę.
Rae
Otworzyła schowek wyciągając z niego mapkę turystyczną z planem parku. W gruncie rzeczy nie miała pojęcia gdzie znajduje się ogrodzenie, które mieli sprawdzić. Każdy miał jakieś swoje wymagania, jakieś płotki to postawienia. Nie tylko sam Grady. Nawet jeśli nie mieli przetransportować się daleko, to każde kilka minut zaoszczędzone samochodem to o te kilka mniej w towarzystwie Owena. Zsunęła się niżej na fotelu, opierając mapkę o kolana i rozłożyła ją, przechylając głowę na bok, żeby móc lepiej skupić się na poszczególnym czytanym fragmencie, bardzo losowo wybranym. Mogła chociaż udawać, że wie, gdzie się wybierają. Przy okazji dawało jej to powód, żeby z ograniczonym zainteresowaniem potraktować to, co do niej mówił.
OdpowiedzUsuń— To dobrze — mruknęła nieprzekonana pod nosem — bo już myślałam, ze powinnam się zacząć martwić, jeśli może myślałbyś coś innego.
Obróciła mapę w rękach kilka razy, zaginając fragmenty, które wydawały jej się zbędnie odkryte, a zaraz potem je znów odkrywała i zaginała inne. W końcu musiała spytać.
— No dobra. To gdzie jedziemy? — podniosła wzrok na mężczyznę, zastanawiając się czego powinna szukać i z której strony mapy patrzeć. — Twoje stworki chowają się gdzieś… tutaj, więc tam wiem, że nie jedziemy na pewno, bo zaserwują sobie z nas przystawkę. O ciebie się nie martwię, bo jesteś jak… nie wiem, koreczki śledziowe. Ja jestem raczej jak kawior, czy krwisty stek dla tych bestyjek. Jak zwał tak zwał. To zmniejszyło mi zasięg poszukiwań tylko o wybieg dla twoich rozkrzyczanych raptosiów, więc?
Zawiesiła ton. Siedząc z nią sam na sam, okazywało się, że była całkiem rozmowna. Nawet z maszynami potrafiła się dogadać, taka była dobra w monologach. Akurat ten element, jak się okazywał stanowił nieodzowną część jej pracy. Naukowcy potwierdzili, ze głośna rozmowa ze sobą samym pomaga rozwiązywać ciężkie problemy. Chociaż jeden duży problem jaki zajmował miejsce za kierownicą jej samochodu był chyba akurat nierozwiązywalny.
— Więc jesteście na tym etapie znajomości, w którym będziesz mi opowiadał, co robi Twoja dziewczyna? — spojrzała na niego z boku zwracając się do niego z lekkim znużeniem, nieszczególnie zainteresowana ckliwymi wspominkami o Claire. Wzruszyła więc nieznacznie ramionami i skupiła się na swojej mapce, chwilę potem rozglądając się wokół, żeby zorientować się gdzie są. Nie zajechali nawet daleko, więc mapkę zostawiła na razie w spokoju. — Czekaj, gdzieś tu miałam jakiś przewód… — podłapała, otwierając znów schowek. Teatralnie poszukiwała wspomnianego kabla. Skończyło się na niczym — Nie, pomyliłam się. To tylko mój identyfikator… — i wrzuciła go z powrotem na swoje miejsce, wyraźnie nie wyznając zasady, że może powinna go czasem nosić przy sobie.
— Hej, bądź miły dla Werniego — rzuciła z oburzeniem poklepując deskę rozdzielczą przed sobie — Sorry, Wernie. Niektórzy są naprawdę niewychowani.
UsuńCzując, ze zwalniają, zaczęła składać mapę, spuszczając nogi z powrotem na dywanik w samochodzie. W tym czasie mężczyzna zdążył go obejść, otwierając przed nią drzwi. Spojrzała na niego bez zrozumienia, bo był raczej tego typu facetem, po którym spodziewałaby się, że zaparkuje przy kałuży, żeby bardzo brawurowo w nią weszła. Dla pewności wychyliła się za drzwi, spoglądając na ziemię. Suchutko. Rzuciła więc mapę na swoje miejsce, chwyciła się ramy samochodu i zgrabnie z niego wyskoczyła, od razu podchodząc do muru. Pięćdziesiąt centymetrów, co…?
— A może od razu zamontujemy elektryczne ogrodzenie i zrobimy z twoich dzieciaczków burrito? — zasugerowała, bo co mają się bawić w takie pół-środki. Pół metra w tą czy w drugą.
— Nie po to mnie tu ściągasz, żebyśmy poprawiali to o pół metra. Jak mam to zrobić, to zrobię to dobrze, żebyśmy nie musieli na siebie więcej wpadać. — wydawała się bardzo bezpośrednia, nie zależało jej na zatajaniu żadnych kwestii, z racji uprzejmości, czy innej bezsensownej rzeczy.
— Mówisz, że to przeskoczysz? No dalej. Skacz.
Postawiła mu wyzwanie, stając prosto, splatając ręce na piersi. Patrzyła perfidnie w jego tęczówki oczu, jakby nie wierzyła mu, ze faktycznie jest w stanie to zrobić i właśnie próbowała to udowodnić.
Rae
Na twarzy Phoebe Shaw widywane było wiele emocji. Oprócz tych sześciu podręcznikowych, które zna każdy i które nieustannie przypomina się na zajęciach z psychologii, było całe mnóstwo innych. Zależnie od sytuacji, w pracy była albo zdenerwowana, albo przejęta, albo nad wyraz spokojna, gdzie zimna krew była wymagana, w wścibscy przeciwnicy tylko czekali na zawahanie przy oświadczeniu prasowym. Widywana była też ulga, radość, rzadziej entuzjazm.
OdpowiedzUsuńTeraz Owen doświadczył czegoś, co kwalifikowało się pomiędzy zmieszanie, zaskoczenie i rozbawienie.
Nie do końca zrozumiała żart o znaku, ale postanowiła to zignorować i zwalić na sytuację, w której ją zastał. Tam w środku nie miała czasu na zbyt wiele żartów, więc może po prostu ciągnęła się za nią jakaś dziwna aura braku poczucia humoru, która minie, jeśli tylko mózg przyjmie do wiadomości, że jest w przerwie na lunch. Nieograniczonej, o tym warto wspomnieć, bo rzeczywiście zaczęła rozważać, czy nie przyjąć dziwnej propozycji Owena.
Chociaż charakter i zachowanie takich ludzi jak on powodowało, że miała dwa razy więcej pracy niż zwykle, kreując wizerunek całej ekipy pracowników Parku, nie mogła powiedzieć, że nie wyglądał on na sympatycznego człowieka. Większość pań i nie tylko niejednokrotnie zwracała uwagę na jego wygląd, ale to nie do końca to sprawiało, że Phoebe nie mogła powiedzieć po prostu "nie".
Miała za to ochotę podsunąć coś, że ma przecież narzeczonego i do tego właśnie dla niego znalazła się tutaj, ale zrezygnowała z tego. Coś jej mówiło, że to nie na miejscu. I bardzo podobny głosik podpowiadał, że naprawdę zasłużyła na chwilę przerwy.
- Bardzo mi miło - odezwała się wreszcie, starając się zapanować nad mieszanką zakłopotania i rozbawienia. - Wiesz, Owen - zwróciła się do niego imieniu, co znaczyło, że atmosfera pracy powoli zanikała - ulżyło mi, bo już myślałam, że będę musiała lecieć do Raptorów naprawiać jakąś dziwną sprawę w oczach gości.
Nie żeby to zdarzało się codziennie, ale kilka razy w ostatnich tygodniach miały miejsce podobne sytuacje. Jak nie ekipa Owena, to ktoś inny. Ostatnio roślinożercy zaczęli powoli chorować przez błąd weterynarza, a przynajmniej na tym stanęło. Niełatwa sprawa, tym bardziej, że nawet teraz czuła przysłowiowy oddech obrońców praw zwierząt na karku.
Może rzeczywiście, choćby dlatego, wesołe miasteczko nie brzmiało tak źle?
- Masz transport, czy załatwiać? - spytała Owena, w międzyczasie wybierając numer biura. Linia zawsze była aktywna, odebrano po jednym sygnale, zanim mężczyzna zdążył cokolwiek jej odpowiedzieć. - Będę później, mam coś do załatwienia poza wyspą.
Rozłączyła się, przerzuciła torebkę na drugie ramię i posłała zabawny wzrok Owenowi.
- Jeśli naprawdę na mnie czekałeś tutaj tylko po to, spodziewaj się plotek jeszcze dzisiaj - wyjaśniła mu spokojnym głosem. Ale to nic. Ona przecież zjadała takie rzeczy na śniadanie.
Ruszyła przed siebie za Owenem.
Phoebe
Spojrzała na niego krytycznie, splatając ręce na piersi i chrząknęła wymownie. Z początku pewnie tylko do tego chciała się ograniczyć, ale najpewniej nie potrafiła się powstrzymać od komentarza:
OdpowiedzUsuń— Musiałeś mi zepsuć dobry żart, prawda? Nie mogłeś sobie odmówić? Czy randki czasem nie polegają na tym, żeby zabawiać dziewczynę, zamiast ją wkurzać? — zakpiła odrobinę, obserwują jak podchodził do ogrodzenia, gotowy do wejścia na nie. Leniwie ruszyła za nim, stając przy metalowej konstrukcji. Oparła się o nią plecami, obserwując z dołu wspinającego się mężczyznę. Nie powiedziałaby, że był to zły widok, ale na pewno nie taki, którym mogłaby się głośno podniecać. Westchnęła ciężko, poprawiając splot rąk przed sobę i wyciągnęła z przodu nogi, krzyżując je w kostkach. Przerzuciła wzrok gdzieś przed siebie, burcząc pod nosem w znużeniu.
— Nawet gdybym bardzo chciała Cię usmażyć, instalacja jeszcze nie jest gotowa.
Wyprostowała się i cofnęła od ogrodzenia dopiero na dźwięk jego ciężkich butów opadających na ziemię. Zwróciła się przodem do niego, patrząc mu prosto w tęczówki oczu, przez żelazny płot pomiędzy nimi.
— Tak brzmią Twoje fantazje, Grady? — jednak podeszła do wzniesionej metalowej ściany, wsuwając ręce pomiędzy pręty. Oparła się na nich wygodnie w nieco nonszalancki sposób, patrząc teraz na mężczyznę z mniejszej odległości — A myślałam, Fluffy, że nie jestem w Twoim typie.
Chwilę przypatrywała się mu w milczeniu, aż w końcu prychnęła na wpół rozbawiona, a na wpół sfrustrowana.
— Daj spokój, G. Wiedziałam, że z łatwością go przeskoczysz. Nie zaszkodziło jednak popatrzeć jak próbujesz mi to udowodnić — spojrzała na swoje paznokcie, jakby nieco znudzona, zanim z powrotem skrzyżowała ręce za ogrodzeniem, wzdychając ciężko — No dobra, a teraz może zawiniesz swój zgrabny tyłeczek z powrotem? Już się napatrzyłam.
Cofnęła ręce i wyprostowała się, spoglądając w górę. Zaczynało się ściemniać, to chyba nie był jednak najlepszy moment na dalsze badanie terenu — Na ogrodzenie, nie na Twój tyłek — dodała dla jasności, chociaż wcale nie musiała — on był raczej w drugiej kolejności.
Jako, ze do najcierpliwszych nie należała, ruszyła w kierunku samochodu, wsiadając od strony pasażera. Czekała. Nawet jeśli przez moment przeszło jej przez myśl, żeby go tu zostawić, szybko opuściła ją ta myśl. W końcu, znajdowali się i tak za blisko jego motocykla, żeby wymierzać mu taką marną karą za… bycie Owenem Gradym.
Rae